Marek wszedł do mojego gabinetu wyprostowany, z nienagannie zawiązanym krawatem i uściskiem dłoni, który miał komunikować: „panuję nad wszystkim”. Przez pierwsze spotkania opowiadał o sukcesach, o projektach, o tym, jak efektywnie zarządza swoim czasem. Ale w Gestalcie nie słuchamy tylko słów – patrzymy na to, co mówi ciało. Widziałam jego zaciśnięte szczęki i palce, które nerwowo bawiły się guzikiem marynarki.
Pewnego dnia zapytałam go: „Marku, co teraz czuje Twoja klatka piersiowa?”. Zapadła długa cisza. To był moment, w którym czas się zatrzymał. Marek po raz pierwszy przestał „robić”, a zaczął „być”. Poczuł ogromny ciężar, który nosił od lat – presję bycia silnym, która nie pozwalała mu odetchnąć.
W terapii Gestalt nie naprawiamy człowieka jak zepsutej maszyny. My pomagamy mu zdjąć zbroję, która kiedyś go chroniła, ale dziś stała się jego więzieniem. Marek płakał po raz pierwszy od dwudziestu lat. Nie dlatego, że był słaby, ale dlatego, że w końcu poczuł się bezpieczny na tyle, by być prawdziwym. To jest właśnie cud spotkania „Ja-Ty” – kiedy w obecności drugiej osoby możesz wreszcie odpuścić.
